Heh, no i nie doczekałam się ludzi na przejściu. Nerwy mnie zeżarły chyba.... W każdym razie dzisiaj się nie udało, bo mi się zachciało gasić samochód najpierw....a później jeszcze jeden błąd i 112.
Nie wiem, ile przeryczałam. Dużo....teraz mam ryj spuchnięty jak...no mocno. I pieką mnie oczy. I głowa bolała, ale już nie boli. Na szczęście Cody zdała. To najważniejsze, a ja zda następnym razem, bo już będzie mniejszy stres. Nie dam się, nie dam się, a i mam nadzieję, że nie trafię na tego drętwego chuja. No i nie wstydzę się tego, chociaż jest mi przykro, że nie zdałam. Trudno. Wkurwia mnie fakt, że teraz jest zabawa, w kto szybciej, za którym razem zda.
To zawsze wina egzaminatora, że wywołuje szybsze bicie serca, że podskakuje tętno i ręce się trzęsą, a Ty zapominasz, że masz jeszcze coś do powiedzenia. To on wywołuje myśl 'O kurwa! Ja pierdolę! Kurwa!' i to jego wina, zawsze. To nic, że to mój błąd. To on mnie tak zestresował, że gdy miałam podać mu swój dowód osobisty łapy trzęsły mi się jak galaretka, no i ta jego sflaczała gęba. Ej, nie chciałam na niego trafić, szczerze mówiąc, to bałam się chuja od samego początku. Ale w ogóle mnie to nie pociesza, bo kurwa oblałam. W sumie....? Moja wina....ale jego większa. Może jakbym się nie zatrzymała wtedy...nie...ma kamerę w samochodzie i wiedziałby, że ta kurewska kontrolka dała o sobie znać. Moje przygotowanie do jazdy jest chujowe, ale wiesz? Następnym razem mnie ten skurwiel nie zagnie.
A miałam takie przeczucia...